Ostatnio w mediach zrobiło się głośno w sprawie implantów piersi, a wszystko za sprawą fałszerstwa dokonanego przez jedną z francuskich firm na pacjentkach pragnących "upiększyć" swoją kobiecą wizytówkę. Co tak naprawdę kryje się za tą sprawą? Na te i inne pytania odpowiedział Gazecie Wyborczej dr Andrzej Sankowski.
Skandal ostatnich tygodni: wyszło na jaw, że francuska firma PIP przez ponad dziesięć lat sprzedała ponad 300 tys. kobiet na świecie implanty piersi wykonane z sylikonu bez atestu i niedopuszczonego do użycia w medycynie. Implanty PIP często pękają i przemysłowy sylikon rozlewa się w ciele. Rządy Francji, Niemiec, Danii, Czech i Wenezueli ogłosiły już, że zalecają usunięcie trefnych implantów.
Aleksandra Szyłło: W Polsce podobno też są kobiety, które noszą te implanty. Co one mają zrobić? Zgłosiła się już do pana jakaś poszkodowana?
Dr Andrzej Sankowski: Żadna z tych pań jeszcze do mojego gabinetu nie przyszła, ale dostałem kilka maili z dramatycznym pytaniem, co robić. Na każdy odpowiadam: te implanty trzeba szybko usunąć. Nie wiadomo, co w nich jest. Nie wiadomo, czym ten sylikon jest zanieczyszczony. Wystarczy, żeby były w nim drobinki kurzu, i to już jest niebezpieczne dla zdrowia. Nawet jeśli jeszcze nie pękły, to nie ma co czekać, aż to się stanie.
Operacja usunięcia rozlanego po ciele sylikonu jest o wiele trudniejsza niż zwykłe wyjęcie wkładek. Można sobie wyobrazić, jak trudno usunąć z ciała rozlany sylikon i jakie wtedy powstają ubytki, a i tak nie ma nigdy pewności, że usunęło się wszystko.
Przeczytaj więcej:
Implanty piersi - usuwać czy nie?